Moja historia...
Kto by pomyślał, że kilka lat temu zamieszkam w Kanadzie i będę musiała zmagać się z odśnieżaniem podjazdu przy -30°C? Choć zawsze byłam otwarta na zmiany, ta decyzja wydawała się szalona. A jednak, oto jestem – spakowałam życie swojej rodziny do kilku walizek i ruszyłam w nieznane. Czy to była szalona decyzja? Czy było warto? Odpowiedzi znajdziecie, zostając ze mną na dłużej.
Ale najpierw, pozwólcie, że się przedstawię. Nazywam się Monika, mam 39 lat, jestem mamą, żoną i artystką. Kto mnie zna, ten wie, że bez szydełka nie ruszam się z domu; zamiast lusterka i szminki, w torebce zawsze mam motek włóczki.
Mieszkałam w małej miejscowości, gdzie wszyscy się znali i wiedzieli o sobie za dużo. Moje życie było zwyczajne, jednak coraz częściej zaczynałam myśleć: „Czy to już wszystko?”. Pewnego dnia zapytałam męża i dzieci o wyjazd za granicę. Ku mojemu zdziwieniu, wszyscy byli entuzjastyczni. Rozważaliśmy Holandię, Szwecję czy Norwegię, blisko rodziny w Polsce, bo jestem osobą rodzinną.
Aż pewnego dnia mąż przyszedł do domu z wiadomością: „Musimy poważnie porozmawiać”. Wiedziałam, że to coś ważnego. "Dostałem ofertę pracy w Kanadzie" – powiedział. Zamarłam. Kanada? To oznaczałoby nowe życie od podstaw! Przerażało mnie, że ocean dzieliłby mnie od bliskich.
Jednak decyzja zapadła. Firma męża pomogła w formalnościach, a szef był w Polsce, co umożliwiło nam omówienie kluczowych kwestii. Pierwszy etap naszej kanadyjskiej przygody był logistycznym wyzwaniem. Mąż poleciał do Toronto jako pierwszy, a dzięki pomocy szefa przejście przez procedury emigracyjne odbyło się sprawnie.
Na miejscu czekało na niego nie lada zadanie: zorganizować nowy dom, który w Kanadzie podczas wprowadzania się zazwyczaj jest pusty. Na szczęście i tym razem mąż miał pomoc. Narzeczona szefa pomogła zorganizować pierwsze potrzebne rzeczy.
A ja miałam miesiąc na zamknięcie spraw w Polsce i pożegnanie z najbliższymi.