Nasza droga do nowego domu
Zaledwie kilka walizek, brak znajomości angielskiego i bilet w jedną stronę...
Miesiąc mijał nieubłagalnie. Z jednej strony czułam radość na myśl o zbliżającym się spotkaniu z mężem, z drugiej jednak paraliżujący strach przed pakowaniem... a właściwie przed spakowaniem całego naszego życia. Musiałam podjąć decyzję, co zabrać, a z czego zrezygnować. Każdy z nas miał ograniczenie: bagaż rejestrowany do 23 kg i podręczny do 8 kg. Nawet wybierając walizki, z uwagą sprawdzałam ich wagę, bo każdy kilogram był na wagę złota.
W tym całym chaosie obserwowałam moją córeczkę, która miała wtedy zaledwie dwa latka. Beztrosko wkładała do walizki swoje zabawki, nie zdając sobie sprawy, że ten gest oznacza ogromną zmianę w naszym życiu – podróż na koniec świata.
Doba przed wylotem... Wciąż mam łzy w oczach, gdy o tym myślę. Pożegnania nigdy nie były dla mnie łatwe. Lecieliśmy z Warszawy, więc naszą podróż rozpoczęliśmy pociągiem, na który zawiózł nas przyjaciel rodziny Mariusz. Byli z nami mój Tata i brat. Żałowałam tylko, że nie mogła być z nami jego żona, która jest dla mnie jak siostra. Mój tata i brat pojechali z nami do Warszawy, towarzyszyli nam aż do odprawy na lotnisku. To był najcięższy moment... Starałam się nie okazywać im mojego strachu i chęci płaczu, gdy z każdym krokiem oddalali się ode mnie. Czułam, jak łzy spływają mi po policzkach, z trudem je ocierałam, aby dzieci niczego nie zauważyły.
Byłam wyczerpana. Córka nie schodziła mi z rąk, a bagaży mieliśmy sporo. Lot trwał ponad osiem godzin. Mój syn, mający wtedy osiem lat, był bardzo pomocny. Robił wszystko, by siostra dała mi choć chwilę odpoczynku. To było niesamowite, gdy ośmiolatek mówi: „Mamuś, musisz odpocząć”. Uwierzcie mi, to była wyczerpująca podróż. Najbardziej obawiałam się rozmowy z oficerem imigracyjnym. Mój angielski był praktycznie zerowy, a perspektywa przesłuchania paraliżowała mnie. Ale wiecie co? Bóg czuwał nad nami. Stał się cud, o którym opowiem Wam w kolejnym rozdziale. Cała procedura, która miała trwać wieki, zakończyła się w niecałe dwie godziny. Kiedy załatwiłam wszystko z dziećmi w immigration, zadzwoniłam do męża, pełna radości i ulgi: – Kochanie, my już wszystko załatwiliśmy. Gdzie mam iść, żeby wyjść do ciebie?
Mąż z niedowierzaniem odpowiedział: – To niemożliwe! W immigration zawsze to trwa kilka godzin.
Upewniał się, prosił, abym dokładnie sprawdziła, czy na pewno wszystko dobrze załatwiłam. Odpowiedziałam stanowczo: – Jestem pewna, że mamy wszystkie dokumenty kompletne.
Kiedy szliśmy do męża, byłam tak zmęczona, że nie dostrzegłam go z daleka, biegnącego do nas z kwiatami. Ale gdy wreszcie się spotkaliśmy, cały trud i stres minęły w jednej chwili. Mogliśmy w końcu być razem