Pasja

Jedno oczko dalej od szaleństwa.

1 lut
Jedno oczko dalej od szaleństwa.

Zaczęłam szydełkować po trzydziestce. Nie dlatego, że nagle odkryłam w sobie pasję do rękodzieła ani dlatego, że „w tym wieku wypada mieć hobby”. Zaczęłam, bo musiałam. Bo stanęłam w miejscu, w którym miałam tylko dwa wyjścia: albo czymś zająć głowę, albo zwariować.

Żałoba przyszła cicho, ale została na długo. Była ciężka, lepka, obecna w każdej wolnej chwili. W ciszy robiła się najgłośniejsza. Myśli krążyły w kółko, wracały do tych samych obrazów i pytań bez odpowiedzi. Czas nie leczył – czas tylko dawał więcej przestrzeni na rozpamiętywanie.

Szydełko pojawiło się trochę przypadkiem. Nitka, ruch ręki, oczko po oczku. Coś bardzo prostego, niemal banalnego. A jednak nagle okazało się, że moje dłonie mają zajęcie, a głowa – choć na chwilę – przestaje krzyczeć. Liczenie oczek było jak koło ratunkowe. Skupienie się na rytmie dawało ulgę. Oddychałam wolniej. Myśli zwalniały.

Nie było w tym magii ani wielkich słów. To nie było „odkrywanie siebie”. To było przetrwanie. Ucieczka, ale taka zdrowa – do czegoś, co nie bolało. Do czegoś, co dawało poczucie kontroli, gdy wszystko inne się rozsypało. Z kawałka włóczki powstawało coś realnego, namacalnego. Coś, co miało początek, środek i koniec – w przeciwieństwie do żałoby.

Z czasem zauważyłam, że w tych małych projektach jest więcej niż tylko zajęcie rąk. Jest cierpliwość, której wcześniej mi brakowało. Jest zgoda na błędy i prucie tego, co nie wyszło. Jest ciche przyzwolenie na to, że nie wszystko musi być idealne, żeby miało sens.

Szydełkowanie nie zabrało bólu. Nie „wyleczyło” straty. Ale dało mi bezpieczne miejsce, w którym mogłam pobyć sama ze sobą, nie rozsypując się na kawałki. Dało mi chwilę ciszy wtedy, gdy najbardziej jej potrzebowałam.