Wiara...
Po 9 godzinach w powietrzu w końcu dotknęliśmy kanadyjskiej ziemi. Wylądowaliśmy w Toronto, ale wiedziałam, że to nie koniec podróży. Czekała nas jeszcze najważniejsza przeprawa – biuro imigracyjne. Musiałam odebrać swój Open Work Permit, a dzieci potrzebowały wiz studenckich (Study Permit), żeby mogły pójść tu do szkoły.
Kiedy weszliśmy do hali imigracyjnej, nogi się pode mną ugięły. Mój mąż miał rację. Ostrzegał mnie, że kolejki mogą być straszne, ale to, co zobaczyłam, przeszło moje wyobrażenia. Lekko licząc – 100 osób w ogonku. Na moje oko: kilka godzin stania.
Dzieci były już wykończone całą podróżą...kilkanaście godzin. Ja obładowana bagażami podręcznymi, z córeczką na ręku, czułam, jak opadają mi resztki sił. Ale wiedziałam jedno – nie mogę dać po sobie poznać, że jest źle. Musiałam być silna dla nich. Zacisnęłam zęby, przygotowana na najgorsze. Syn który wówczas miał zaledwie 8 lat naprawdę pomagał mi jak mógł.
Nagle mój synek ciągnie mnie za rękaw:
– Mamo, zobacz, tamta pani cię woła.
Spojrzałam zmęczonym wzrokiem. Jakaś kobieta na samym początku tej gigantycznej kolejki faktycznie machała rękami.
– Nie, to niemożliwe. Ona nie woła nas. My tu nikogo nie znamy – odpowiedziałam zrezygnowana.
Ale on nie odpuszczał:
– Mamo, no zobacz! Ona cały czas cię woła!
Spojrzałam jeszcze raz. Kobieta patrzyła prosto na mnie i gestykulowała tak jednoznacznie, że nie było już wątpliwości. Podeszłam niepewnie z całą gromadką, zastanawiając się, o co chodzi. I wtedy stało się coś niesamowitego.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko i… przytuliła mnie. Tak po prostu, jakbyśmy były starymi przyjaciółkami albo rodziną, która nie widziała się latami. Pokazała mi, żebym weszła przed nią. Zrozumiałam w mig – udawała naszą rodzinę, żeby nikt z kolejki się nie zorientował i nie oburzył, że wpuszcza kogoś z końca.
Dzięki tej cudownej duszy ominęliśmy wielogodzinny koszmar. Zamiast stać z wykończonymi dziećmi na końcu sali, byliśmy nagle na samym przodzie. To było niesamowite przeżycie. Przez chwilę myślałam że zrobiła to ze względu na dzieci-zobaczyła wykończone dzieci i matkę której brakuje rąk żeby to wszystko ogarnąć ale nie...na sali takich dzieci i matek było bardzo dużo. Ona jednak wybrała właśnie nas.
Wiem, że to nie mógł być przypadek. Utwierdziłam się w przekonaniu że ktoś nad nami czuwał i ta pomoc była dokładnie tą którą wymodliłam. Przed wyjazdem codziennie odmawiałam różaniec. Prosiłam Boga tylko o jedno: o dobre i szybkie załatwienie spraw u oficera. Bałam się o dzieci...wiedziałam co nas czeka. Bałam się procedury oficera i bałam się tych godzin czekania na swoją kolej o których opowiadał mi mąż. Bóg wysłuchał moich próśb i zesłał mi tego anioła w ludzkiej skórze, dokładnie w momencie, gdy najbardziej tego potrzebowałam.
Nie znam jej imienia, ale nigdy nie zapomnę jej twarzy i tego uścisku.